środa, 20 maja 2015

Cześć!:) Dzisiaj chce pokazać Wam podkłady, których używam, gdy moja twarz ma "lepsze dni". Niestety mam skórę tłustą z tendencją do trądziku, więc w ciągu roku rzadko występują dni, w których mogę używać tych kosmetyków.







Jeśli chodzi o podkłady to uwielbiam odcień żółci, muszą być naprawdę bardzo jasne (jestem bladziochem na maxa :D), nienawidzę efektu maski, nie mogą mnie zapychać, no i nienawidzę wydawać dużo pieniędzy na podkłady.. Ale różnie to u mnie wychodzi.. :D Nie wymagam od nich zbyt dużo, chcę tylko, aby trzymały się przynajmniej 8 godzin, nie spływały, nie ścierały się i żebym po 2 godzinach nie świeciła się jak latarnia, no i zakrywały przynajmniej przebarwienia, których nabawiłam się przez kwasy + słońce. Wydaje mi się, że nie wymagam za dużo, ale większość drogeryjnych podkładów nawet połowy tego nie spełnia..
Zacznę od podkładu, którego używam najdłużej. Jest to Loreal the foundation True Match. Producent obiecuje nam, że idealnie się dopasuje do koloru skóry, a formuła pozwala nam się cieszyć 8-godzinnym nawilżeniem skóry... Taaaak. Zacznijmy od tego, że nie ma możliwości nałożenia tego podkładu bez dobrze nawilżającego kremu. Pomimo, że rzadko któremu podkładowi udaje się wysuszyć mi skórę, ten robi to idealnie! Kolor mam R1/C1 ivory rose.. no właśnie "rose". Kupowałam go przez internet i był on opisany jako najjaśniejszy kolor. Więc kupiłam go bez czytania nazwy koloru. Nakładanie go nie sprawia problemu, używam do tego pędzla Hakuro H50. Nie polecam nakładanie go gąbką, ponieważ podkreśla bardziej suche skórki. Pomalowałam się i poszłam pooglądać kolor do słońca.. i pierwsze co sobie pomyślałam to, że kolor mojej twarzy jest podobny do koloru świnki. Tak, odcień różu bił ode mnie z kilometra. No ale pomyślałam sobie, spoko, wytrzymam ten jeden dzień, żeby zobaczyć jak z trwałością. Po 4 godzinach po podkładzie nie było praktycznie śladu, róż zszedł ze mnie, nawet nie wiem kiedy. Jedyny plus tego jest taki, że schodzi równomiernie. Nie wchodzi on w zmarszczki mimiczne. Ma on wodnistą konsystencję, przez co jego wydajność jest sprawą sporną. Ma wygodną pompkę, która nie psuję się i idealnie dozuje ilość produktu. Co do ceny też bym się kłóciła, wahają się od 35-50 zł, więc jak dla mnie to ta cena jest zdecydowanie zbyt duża. Aby go wreszcie skończyć mieszam go z innymi podkładami, które mają żółtawe odcienie. W duetach sprawdza się nawet nieźle. Nie jest to najgorszy produkt, nazwałabym go raczej średniakiem, ale nie kupię go już nigdy więcej.
Krem CC 123 perfect jest to podkład, którego albo się kocha, albo się nienawidzi. U mnie to zależy od dnia, w którym go nakładam. Raz się kochamy, raz się nienawidzimy. Producent obiecuję nam, że będziemy miały ujednolicony kolor skóry, która będzie rozświetlona i nawilżona przez 24!!!! godziny, a nasze niespodzianki będą zakryte. Na początku powiem, że mam kolor 31 ivory, który jest kolorem naprawdę jasnym i w żółtawym odcieniu. Nakładam go zarówno pędzlem jak i gąbką. Produkt ten nazwałabym raczej średnio kryjącym, co nie oznacza, że zakryje wszystkie moje niespodzianki. Świetnie sobie radzi z przebarwieniami. Plusem jest ochrona przed UV, ponieważ posiada SPF 15, więc na słoneczne dni powinien być idealny. Podkład nie wchodzi w zmarszczki mimiczne, nie waży się, nie utlenia, nie zatyka porów. No i wytrzymałość... Tu właśnie zaczynają się schody... Czasami trzyma się cały dzień, a czasami po 4 godzinach nie mam już podkładu na twarzy.. Nie wiem od czego to zależy, ponieważ używam go zawsze z tymi samymi produktami. Jednak jak się trzyma cały dzień, to muszę go przypudrować co jakieś 3 godziny w strefie T. Do minusów tego podkładu można zaliczyć opakowanie, z którego produkt sam się wylewa. Za taką cenę (45zł) wolałabym lepszą buteleczkę. Zapach jest neutralny, przypomina mi trochę produkty dla dzieci. Lubię go używać w wiosenne i letnie dni, bo jest lekki, ale kryje. Co do gamy koloru to trochę skąpa, ale nie znam nikogo kto narzekałby na brak idealnego odcienia. Mam nadzieję, że nadejdzie taki dzień, w którym pokochamy się na stałe :)
No i nadszedł czas na mojego ulubieńca! Healthy mix Bourjois. Producent obiecuje utrzymane rozświetlenie i ujednolicenie przez 16 godzin. Zapewnia blask, nawilżenie i ponoć przedłuża młodość skóry! Kolor jak zwykle mam najjaśniejszy, 51 light vanilla. Jest on żółtawy, nie wchodzi w zmarszczki mimiczne, nie waży się i nie utlenia. Rzeczywiście powoduje rozświetlenie mojej cery, długo się utrzymuje. Jednak co 4 godziny muszę go przypudrować w strefie T. Ma on piękny wiosenny zapach! Ma fajne krycie, radzi sobie bardzo dobrze z przebarwieniami. Cudownie się go aplikuje zarówno pędzlem, gąbką jak i palcami! Ma on fajny aplikator, który nie psuje się i dozuje dobrą ilość produktu. Co do nawilżenia to zależy od pory, czasem może trochę przesuszać. Na skórze wygląda on bardzo naturalnie i nigdy nie zrolował mi się. Tworzy zgrany duet praktycznie z każdym kremem. Ma fajną kremową konsystencję, jest bardzo wydajny. Nie tworzy efektu maski. Mógłby posiadać jakąś ochronę na lato, jednak nie jest to zbyt dużym minusem. Zawsze do niego wracam, gdy moja skóra ma te dobre i nie najgorsze dni. Wiosną i latem jest moim najczęstszym przyjacielem, zarówno do pracy jak i na wakacje. Z całego serca Wam polecam ten produkt!
Maybelline FitMe 2 w 1 jest jednym z najdziwniejszych podkładów, które kiedykolwiek miałam. Posiadam kolor 120. Producent obiecuje, że podkład idealnie się rozprowadza, a pudrujący wkład w środku zapewnia matowe wykończenie makijażu. Aplikacja tego podkładu jest prosta, szybka i jest to zbawienie, kiedy zaspałam, a bez makijażu pokazać się nie mogę. Na początku byłam zadowolona z niego, bo fajnie wyglądał od razu po aplikacji. Ale nigdy nie używałam go na dłużej niż 3 godziny. Aż pewnego dnia pomalowałam się nim na cały dzień, a gdy wróciłam nie było śladu po podkładzie! Jak dla mnie to jest jeden wielki silikon. Przesusza mi twarz, po 3 godzinach świecę się jak latarnia, waży się, nie ujednolica, a na dodatek strasznie mnie zapycha! Nic nie kryje, ani przebarwień, a co dopiero zmian trądzikowych. Nawet nie mam pomysłu jak go wykończyć, narazie czeka na jakiś pomysł. Na początku naprawdę myślałam, że polubię się z nim, ale to niestety było złudne i krótkotrwałe nadzieje.
No i moje cudeńko nr. 2. (przestroga dla mnie, żebym nie wchodziła do Douglase'a, gdy mam pieniądze na koncie!) Isa Dora podkład upiększający. Ma on płynną, lekką konsystencję. Krycie ma lepsze od healthy mix, jednak nadal na twarzy wygląda bardzo naturalnie. Bardzo szybko zastyga i nie brudzi ubrań, nie waży się, nie wchodzi w zmarszczki. Nie wysusza. Gdy mam go na twarzy odczuwam nawilżenie. Posiadał on fajną pipetkę, którą dozowało się podkład jednak pewnego, pięknego dnia nakrętka mi spadła, a wraz z nią pipetka, która stłukła się na części pierwsze :( Jest on bardzo wydajny, używam go od 2 miesięcy, a zużyłam 1/5 buteleczki. Podkład ten podobno (tak obiecuje nam producent) stymuluje kolagen. Jeśli to prawda, to idealnie sprawdzi się na cerze 30+. Ja go pokochałam od pierwszego użycia, jednak cena trochę mnie załamuje, 110 zł za podkład? Jak dla mnie to za dużo, ale będę do niego wracać, nawet jakbym miała nie mieć jedzenia w lodówce :D  I tylko przez cenę wylądował u mnie jako ulubieniec nr 2 na lepsze dni mojej skóry.


Znacie te podkłady? Jest w śród nich Wasz ulubieniec?

Pozdrawiam, Dżess :)!


2 komentarze:

  1. Ja mam opisywanego loreala, uwielbiam go. Zużyłam juz 2 buteleczki. Tyle ze wybralam najjasnieszy kolor ivory, ktory wpada wlasnie w żółcie . I bardzo mi odpowiada. Wiadomo-na wieczorne wyjście wymaga poprawek, ale to i tak moj zdecydowany faworyt :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja mam wersję amerykańską jeszcze, która zdecydowanie lepiej się sprawdza, jest trwalszy, kolor niby ten sam, a całkowicie inaczej wygląda na twarzy. Nie jest najgorszy ten podkład, ale z moim trądzikiem i zmianami potrądzikowym potrzebuję czegoś na prawdę dobrego.. :D

      Usuń